Zazwyczaj jest tak, że na trudne pytania nie ma łatwych odpowiedzi. Są być może i takie, na które nikt z nas i tak nie potrafiłby odpowiedzieć. Szukanie odpowiedzi jest trudne, ale jest też pewnego rodzaju wyzwaniem. Trzeba tylko wiedzieć,gdzie szukać. Dla mnie takim "miejscem" jest Pismo Święte.
Najpiękniejsza recepta na życie =).

piątek, 9 listopada 2012

Pytanie 8: Kochać? Nie kochać? - czyli kilka słów o pokochaniu siebie =)

"Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie,

godne podziwu są Twoje dzieła". 

/Ps 139, 14/


   Ilekroć myślę o tym fragmencie jednego z najpiękniejszych biblijnych psalmów, przypomina mi się pewna anegdota. Otóż podczas kazań do dzieci ks. Tischner zadał raz pytanie: "Co się Panu Bogu najbardziej udało?". Padały różne odpowiedzi. W końcu do mikrofonu podeszła mała dziewczynka i powiedziała: "NO...CHYBA.. JA" =).
    Mówienie i myślenie o sobie dobrze, pełne akceptowanie swojej osoby jest dziś często mylone z pychą i zarozumialstwem. /Wyobrażam sobie takie hasło na obrazku prymicyjnym na przykład. Oj, huczało by we wsi ;-)). Zupełnie niesłusznie, bo jest to przejaw najprawdziwszej pokory. A moim zdaniem także i wiary. Niby wszyscy wierzymy i wyznajemy, że jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo doskonałego Boga, ale jakoś nie przekłada się to na nasze postrzeganie siebie samych (i innych pewnie też). 
  Zauważmy, że psalmista mówi o sobie w samych superlatywach. Nie są to zdania w rodzaju: "No, w zasadzie... jestem chyba fajny, można mnie lubić...=)". To jest wypowiedziane z całą mocą i samoświadomością: "stworzyłeś mnie CUDOWNIE" /a więc stwarzając mnie dokonałeś cudu, czegoś nadzwyczajnego, nieprzeciętnego/, tak niezwykłego, że zasługuje na PODZIW. /Nie na sympatię, cień zainteresowania, uwagę, ale na podziw/.
   Tak sobie ostatnio myślę (zbyt odkrywcze to pewnie nie jest), że każda ewangelizacja (i resocjalizacja) - powinna się zacząć od ukazania drugiemu człowiekowi jego prawdziwej wartości. Nie tej propagowanej przez świat i przemijającej (urody, majątku, prestiżu itd.), ale tej, która wynika z faktu bycia dziełem Boga - nieskończonej i nieprzemijającej. To jest początek drogi do wyzwolenia, do nowego narodzenia, do odkrywania swojej godności. I chyba - do prawdziwego szczęścia - niezależnego od opinii świata.   
 
    Przychodzi mi do głowy taki obraz - starej, zniszczonej, oblepionej błotem rzeźby. Bez względu na ilość brudu i kurzu, jakim jest pokryta, w rękach dobrego konserwatora może odzyskać dawny blask. Ten blask to właśnie godność bycia dziełem Boga, czasem głęboko zakopana, wiele razy obrzucana błotem, niszczona przez krytykę, zapominana, schowana pod warstwę naszych błędów i pomyłek - a jednak zawsze obecna. Trzeba tylko kogoś, kto pomoże ją odnaleźć. I wtedy naprawdę zaczyna się żyć. I wtedy dopiero można kochać naprawdę.
   Chciałabym przekazać swojej Córeczce takie poczucie wartości, by bez lęku myślała o sobie "Jestem cudownie stworzona, godna podziwu", chciałabym, żebyśmy wszyscy tak o sobie myśleli. Wypisali to sobie na ścianie i każdego ranka dziękowali Bogu za bycie "godnym podziwu". O ile świat byłby lepszy... =)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz