Zazwyczaj jest tak, że na trudne pytania nie ma łatwych odpowiedzi. Są być może i takie, na które nikt z nas i tak nie potrafiłby odpowiedzieć. Szukanie odpowiedzi jest trudne, ale jest też pewnego rodzaju wyzwaniem. Trzeba tylko wiedzieć,gdzie szukać. Dla mnie takim "miejscem" jest Pismo Święte.
Najpiękniejsza recepta na życie =).

czwartek, 29 marca 2012

Pytanie 7: Po co nam papierek? - czyli dwa słowa o ślubie kościelnym...

    Dziś będzie nieco inaczej niż zwykle. Inspiracją do napisania tego postu stała się bowiem lektura wpisu na jednym z blogów. Dotyczyła ona ślubu kościelnego i oburzenia pani, która taki ślub zawrzeć chciała (musiała?), na obowiązek uczestnictwa w kursie przedmałżeńskim, odwiedzania poradni i w ogóle.
    Spotykam się z wypowiedziami swoich rówieśników, brzmiącymi mniej więcej tak: "Nie bierzemy ślubu kościelnego, bo nasza miłość (jakie to romantyczne... ;-)) nie potrzebuje papierka", "Bierzemy ślub, żeby rodzina dała nam spokój", "Żeby móc ochrzcić dzieci" itp. itd. Nie wspomnę już o argumentach, w rodzaju.. fajnie założyć białą suknię i poczuć się jak księżniczka..., czy przekonaniu, że małżeństwo jest początkiem końca wieeelkiej miłości...

    Zastanawiam się wtedy, co tacy ludzie- mający najczęściej około 24-26 lat zrobili ze swoją wiarą od czasu przyjęcia Sakramentu DOJRZAŁOŚCI Chrześcijańskiej? Ile czasu przez te 10-12 lat od Bierzmowania poświęcali na codzienną lekturę Pisma Świętego, jak pogłębiali swoją wiarę, jak często sięgali do KKK, starali się zrozumieć nauczanie Kościoła, zrozumieć po co są w Kościele, jaka jest ich rola, jak wspierać wspólnotę, do której należą? Jak często byli na mszy świętej? Czym przez te lata była dla nich wyznawana religia, jeśli po takim okresie czasu Sakrament Małżeństwa nazywają "papierkiem". Choć papierek jest przecież tylko pisemnym świadectwem jakiejś nadprzyrodzonej, niepojętej dla nas Boskiej rzeczywistości, która "wydarza się" miedzy małżonkami i Panem Bogiem przed stopniami ołtarza...
           Tymczasem Sakrament Małżeństwa - (w moim rozumieniu, jako młodej mężatki he he) - był zaproszeniem Pana Boga do naszego nowego życia. Życia, które rozpoczniemy z osobą dla nas najważniejszą. Łatwo jest - w emocjach, szczycie zakochania powiedzieć: "Ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską..", ale przecież jesteśmy tylko słabymi ludźmi. Bez Pana Boga i Jego Świętej, wypełniającej naszą codzienność Obecności, naprawdę trudno zrealizować słowa tej przysięgi. Zawierając ślub kościelny postanowiłam (wraz z Mężem=)), że swojej miłości nie oprzemy wyłącznie na sobie, na wierze we własne siły - bo potrzebujemy pomocy Kogoś Większego od nas, naszych słabości i ludzkich ułomności...
      Fajnie jest mieć białą suknię, miło jest spotkać się całą rodziną, tańczyć do białego rana, czuć się wyjątkowo i pięknie. Ale tak naprawdę to tylko dodatek - ważny bo podkreśla wyjątkowość tego, co stanie się przed ołtarzem i przyjemny, bo pozwala na wspólne świętowanie=).
      Fajnie jest być zakochanym, czuć motyle w brzuchu, nie przestawać się śmiać ze szczęścia, tęsknić, pisać setki smsów, spędzać ze sobą czas.. ale to tylko preludium do miłości małżeńskiej. Bo gdyby porównać zakochanie do małego górskiego strumyka - miłość małżeńska jest jak zaproszenie do wypłynięcia na głębię oceanu. I jestem pewna, że to jej wzbieranie, dojrzewanie, pogłębianie się, pokonywanie przeszkód i trudności, łagodzenie sztormów (a zdarzą się na pewno=)), nie byłoby możliwe bez "papierka" ;-). Tak więc Sakrament Małżeństwa nie jest końcem wielkiej miłości - on ją dopiero rozpoczyna, otwiera największą przygodę naszego życia, staje się fundamentem, na którym można budować wspólną przyszłość, wspólny dom na skale. 
    I nie dajcie się zwieść tym, którzy wolą mieszkać w szałasach ;-).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz