Zazwyczaj jest tak, że na trudne pytania nie ma łatwych odpowiedzi. Są być może i takie, na które nikt z nas i tak nie potrafiłby odpowiedzieć. Szukanie odpowiedzi jest trudne, ale jest też pewnego rodzaju wyzwaniem. Trzeba tylko wiedzieć,gdzie szukać. Dla mnie takim "miejscem" jest Pismo Święte.
Najpiękniejsza recepta na życie =).

piątek, 9 listopada 2012

Pytanie 8: Kochać? Nie kochać? - czyli kilka słów o pokochaniu siebie =)

"Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie,

godne podziwu są Twoje dzieła". 

/Ps 139, 14/


   Ilekroć myślę o tym fragmencie jednego z najpiękniejszych biblijnych psalmów, przypomina mi się pewna anegdota. Otóż podczas kazań do dzieci ks. Tischner zadał raz pytanie: "Co się Panu Bogu najbardziej udało?". Padały różne odpowiedzi. W końcu do mikrofonu podeszła mała dziewczynka i powiedziała: "NO...CHYBA.. JA" =).
    Mówienie i myślenie o sobie dobrze, pełne akceptowanie swojej osoby jest dziś często mylone z pychą i zarozumialstwem. /Wyobrażam sobie takie hasło na obrazku prymicyjnym na przykład. Oj, huczało by we wsi ;-)). Zupełnie niesłusznie, bo jest to przejaw najprawdziwszej pokory. A moim zdaniem także i wiary. Niby wszyscy wierzymy i wyznajemy, że jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo doskonałego Boga, ale jakoś nie przekłada się to na nasze postrzeganie siebie samych (i innych pewnie też). 
  Zauważmy, że psalmista mówi o sobie w samych superlatywach. Nie są to zdania w rodzaju: "No, w zasadzie... jestem chyba fajny, można mnie lubić...=)". To jest wypowiedziane z całą mocą i samoświadomością: "stworzyłeś mnie CUDOWNIE" /a więc stwarzając mnie dokonałeś cudu, czegoś nadzwyczajnego, nieprzeciętnego/, tak niezwykłego, że zasługuje na PODZIW. /Nie na sympatię, cień zainteresowania, uwagę, ale na podziw/.
   Tak sobie ostatnio myślę (zbyt odkrywcze to pewnie nie jest), że każda ewangelizacja (i resocjalizacja) - powinna się zacząć od ukazania drugiemu człowiekowi jego prawdziwej wartości. Nie tej propagowanej przez świat i przemijającej (urody, majątku, prestiżu itd.), ale tej, która wynika z faktu bycia dziełem Boga - nieskończonej i nieprzemijającej. To jest początek drogi do wyzwolenia, do nowego narodzenia, do odkrywania swojej godności. I chyba - do prawdziwego szczęścia - niezależnego od opinii świata.   
 
    Przychodzi mi do głowy taki obraz - starej, zniszczonej, oblepionej błotem rzeźby. Bez względu na ilość brudu i kurzu, jakim jest pokryta, w rękach dobrego konserwatora może odzyskać dawny blask. Ten blask to właśnie godność bycia dziełem Boga, czasem głęboko zakopana, wiele razy obrzucana błotem, niszczona przez krytykę, zapominana, schowana pod warstwę naszych błędów i pomyłek - a jednak zawsze obecna. Trzeba tylko kogoś, kto pomoże ją odnaleźć. I wtedy naprawdę zaczyna się żyć. I wtedy dopiero można kochać naprawdę.
   Chciałabym przekazać swojej Córeczce takie poczucie wartości, by bez lęku myślała o sobie "Jestem cudownie stworzona, godna podziwu", chciałabym, żebyśmy wszyscy tak o sobie myśleli. Wypisali to sobie na ścianie i każdego ranka dziękowali Bogu za bycie "godnym podziwu". O ile świat byłby lepszy... =)

czwartek, 29 marca 2012

Pytanie 7: Po co nam papierek? - czyli dwa słowa o ślubie kościelnym...

    Dziś będzie nieco inaczej niż zwykle. Inspiracją do napisania tego postu stała się bowiem lektura wpisu na jednym z blogów. Dotyczyła ona ślubu kościelnego i oburzenia pani, która taki ślub zawrzeć chciała (musiała?), na obowiązek uczestnictwa w kursie przedmałżeńskim, odwiedzania poradni i w ogóle.
    Spotykam się z wypowiedziami swoich rówieśników, brzmiącymi mniej więcej tak: "Nie bierzemy ślubu kościelnego, bo nasza miłość (jakie to romantyczne... ;-)) nie potrzebuje papierka", "Bierzemy ślub, żeby rodzina dała nam spokój", "Żeby móc ochrzcić dzieci" itp. itd. Nie wspomnę już o argumentach, w rodzaju.. fajnie założyć białą suknię i poczuć się jak księżniczka..., czy przekonaniu, że małżeństwo jest początkiem końca wieeelkiej miłości...

    Zastanawiam się wtedy, co tacy ludzie- mający najczęściej około 24-26 lat zrobili ze swoją wiarą od czasu przyjęcia Sakramentu DOJRZAŁOŚCI Chrześcijańskiej? Ile czasu przez te 10-12 lat od Bierzmowania poświęcali na codzienną lekturę Pisma Świętego, jak pogłębiali swoją wiarę, jak często sięgali do KKK, starali się zrozumieć nauczanie Kościoła, zrozumieć po co są w Kościele, jaka jest ich rola, jak wspierać wspólnotę, do której należą? Jak często byli na mszy świętej? Czym przez te lata była dla nich wyznawana religia, jeśli po takim okresie czasu Sakrament Małżeństwa nazywają "papierkiem". Choć papierek jest przecież tylko pisemnym świadectwem jakiejś nadprzyrodzonej, niepojętej dla nas Boskiej rzeczywistości, która "wydarza się" miedzy małżonkami i Panem Bogiem przed stopniami ołtarza...
           Tymczasem Sakrament Małżeństwa - (w moim rozumieniu, jako młodej mężatki he he) - był zaproszeniem Pana Boga do naszego nowego życia. Życia, które rozpoczniemy z osobą dla nas najważniejszą. Łatwo jest - w emocjach, szczycie zakochania powiedzieć: "Ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską..", ale przecież jesteśmy tylko słabymi ludźmi. Bez Pana Boga i Jego Świętej, wypełniającej naszą codzienność Obecności, naprawdę trudno zrealizować słowa tej przysięgi. Zawierając ślub kościelny postanowiłam (wraz z Mężem=)), że swojej miłości nie oprzemy wyłącznie na sobie, na wierze we własne siły - bo potrzebujemy pomocy Kogoś Większego od nas, naszych słabości i ludzkich ułomności...
      Fajnie jest mieć białą suknię, miło jest spotkać się całą rodziną, tańczyć do białego rana, czuć się wyjątkowo i pięknie. Ale tak naprawdę to tylko dodatek - ważny bo podkreśla wyjątkowość tego, co stanie się przed ołtarzem i przyjemny, bo pozwala na wspólne świętowanie=).
      Fajnie jest być zakochanym, czuć motyle w brzuchu, nie przestawać się śmiać ze szczęścia, tęsknić, pisać setki smsów, spędzać ze sobą czas.. ale to tylko preludium do miłości małżeńskiej. Bo gdyby porównać zakochanie do małego górskiego strumyka - miłość małżeńska jest jak zaproszenie do wypłynięcia na głębię oceanu. I jestem pewna, że to jej wzbieranie, dojrzewanie, pogłębianie się, pokonywanie przeszkód i trudności, łagodzenie sztormów (a zdarzą się na pewno=)), nie byłoby możliwe bez "papierka" ;-). Tak więc Sakrament Małżeństwa nie jest końcem wielkiej miłości - on ją dopiero rozpoczyna, otwiera największą przygodę naszego życia, staje się fundamentem, na którym można budować wspólną przyszłość, wspólny dom na skale. 
    I nie dajcie się zwieść tym, którzy wolą mieszkać w szałasach ;-).

niedziela, 11 grudnia 2011

Pytanie 6: Czy adwent zaskoczy drogowców?

Początek Ewangelii o Jezusie Chrystusie, Synu Bożym. Jak jest napisane u proroka Izajasza: Oto Ja posyłam wysłańca mego przed Tobą; on przygotuje drogę Twoją. Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, Jemu prostujcie ścieżki. Wystąpił Jan Chrzciciel na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów. Ciągnęła do niego cała judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy Jerozolimy i przyjmowali od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając /przy tym/ swe grzechy. Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a żywił się szarańczą i miodem leśnym. I tak głosił: Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym.
[Mk 1, 1-8]

   Przyznaję, że jako dziecko, nigdy nie mogłam do końca pojąć, o co chodzi z tymi ścieżkami. (Tudzież zasypywaniem dolin i równaniem pagórków). A przecież słowa "prostujecie ścieżki" są wręcz sztampowym hasłem adwentu. Słyszałam je na każdych roratach, w kazaniach, na lekcjach religii. Uczono mnie, że adwent, to czas, kiedy trzeba wybrać sobie jakieś postanowienie (klasyką była rezygnacja z czekoladek, w czym zresztą była nadzwyczaj kiepska ;-)), przywdziać fiolet, nie szaleć za bardzo i czekać w skupieniu na przyjście Chrystusa.
   A adwent to przecież czas prostowania ścieżek. Można to wskazanie rozumieć na wielu płaszczyznach. Można naprawiać stosunki społeczne, walczyć o prawo każdego człowieka do godności, stawać w obronie najsłabszych. Można leczyć relacje w swojej wspólnocie czy rodzinie. Wszystko to jest dobre i słuszne - przede wszystkim jednak powinno się zacząć od siebie.
   Prostowanie ścieżek swojego życia jest przygodą nie tylko adwentową (nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by zacząć właśnie teraz). To program na lata. Niełatwy i bardzo często bolesny. Wymagający odwagi i współpracy z łaską. Jest to wejście w świat swojego serca, w przestrzeń duchowych zranień i radości, smutku i lęku, ciemności i światła. /Dlatego warto na tej drodze skorzystać z pomocy. Znaleźć przewodnika, towarzysza, który wejdzie z nami w przestrzeń naszego serca. Postarać się o ciszę (np. pojechać na rekolekcje ignacjańskie), wsłuchać się w swoje uczucia, pozwolić by Słowo Boże przenikało nas każdego dnia./
   Prostowanie ścieżek to zgoda na uzdrowienie - relacji, uczuć, poczucia własnej wartości, niezagojonych ran, niezaakceptowanych braków. Zgoda, która niesie ze sobą PRAWDĘ. A Prawda ma moc wyzwalającą. Jemu prostujcie ścieżki - woła Jan Chrzciciel. Gdy zabierzemy się za remont naszego serca - przygotujemy drogę Bogu. On przyjdzie przez innych ludzi, przez naszych bliskich, przez tych, których mijamy w naszej codzienności, przez Swoje Słowo, przez Eucharystię. Przemówi przez sytuacje, których dotąd nie rozumieliśmy, przez uczucia, od których uciekaliśmy, przez nasze rany i lęki. Wypełni każdą dolinę i zrówna wszystkie pagórki.
     Uff.. i wtedy to się dopiero zaczyna... ;-) ŻYCIE!
        

środa, 10 marca 2010

Pytanie 5: Do czego potrzebna jest miłość?

-->
Łk 15,1-3.11-32



W owym czasie zbliżali się do Jezusa wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie. Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi. Opowiedział im wtedy następującą przypowieść: Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy z nich rzekł do ojca: Ojcze, daj mi część majątku, która na mnie przypada. Podzielił więc majątek między nich. Niedługo potem młodszy syn, zabrawszy wszystko, odjechał w dalekie strony i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie. A gdy wszystko wydał, nastał ciężki głód w owej krainie i on sam zaczął cierpieć niedostatek. Poszedł i przystał do jednego z obywateli owej krainy, a ten posłał go na swoje pola żeby pasł świnie. Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, którymi żywiły się świnie, lecz nikt mu ich nie dawał. Wtedy zastanowił się i rzekł: Iluż to najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja tu z głodu ginę. Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mię choćby jednym z najemników. Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca. A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go. A syn rzekł do niego: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem. Lecz ojciec rzekł do swoich sług: Przynieście szybko najlepszą szatę i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi. Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i bawić się, ponieważ ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się. I zaczęli się bawić. Tymczasem starszy jego syn przebywał na polu. Gdy wracał i był blisko domu, usłyszał muzykę i tańce. Przywołał jednego ze sług i pytał go, co to ma znaczyć. Ten mu rzekł: Twój brat powrócił, a ojciec twój kazał zabić utuczone cielę, ponieważ odzyskał go zdrowego. Na to rozgniewał się i nie chciał wejść; wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedział ojcu: Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę. Lecz on mu odpowiedział: Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy. A trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył, zaginął a odnalazł się.

      Przypowieść o synu marnotrawnym, a właściwie o miłosiernym Ojcu ma trzech bohaterów. Wszyscy oni z pozoru są aktywni, formułują swoje wypowiedzi, spełniają określone obowiązki. Przypowieść ta jest bardzo dynamiczna i pełna akcji. Spróbowałam więc prześledzić drogę każdego z trzech bohaterów za pomocą uproszczonych schematów. Wnioski po stworzeniu tychże prowizorycznych rysunków wyglądały mniej więcej tak:


MŁODSZY SYN – CZYLI ŻYĆ Z CHARAKTEREM
      Drogę młodszego syna mógłby symbolizować okrąg. Jego początek stanowi dom rodzinny. Kolejny etap to podjęta przez chłopaka REFLEKSJA („ależ tu nudno, chcę odejść i nacieszyć się życiem"). Refleksja prowadzi do konkretnej decyzji. Syn udaje się do ojca i żąda należnej mu części majątku.  Następnie mamy do czynienia z czasem DROGI. Syn odchodzi. Żyjąc rozrzutnie, bawiąc się dochodzi do moralnego (i finansowego =)) upadku. Przypowieść mówi nam o czterech stopniach jego degradacji: roztrwonieniu majątku, głodzie, pracy polegającej na pasaniu świń (zwierzę nieczyste dla Izraela - a więc osiągnął naprawdę społeczne dno), podjadaniu strąków świniom (nikt mu nie chciał ich nawet dać!). W tym miejscu następuje REFLEKSJA 2 („u Ojca nawet najemnicy mają co jeść, wrócę”). Młodszy syn ponownie wyrusza w DROGĘ. Widzimy tu więc pierwszą symetrię: refleksja-refleksja, droga – droga. Kolejnym punktem na okręgu będzie spotkanie z ojcem. Kulminacyjny moment przypowieści. Po nim nastąpią cztery stopnie nobilitacji: szata, pierścień, sandały, uczta. Młodszy syn zostaje obdarowany wszystkim tym, co odróżniało człowieka wolnego od niewolnika. Cztery etapy odzyskiwania wolności są paralelne do czterech stopni  jej utraty. Syn odzyskuje swoją godność, którą stracił w obcej krainie.

OJCIEC – CZYLI MIŁOŚĆ CI WSZYSTKO WYBACZY
     Drogę ojca odwzorowuje linia prosta. Wiedzie ona od rodzinnego domu, jakieś 100 – 200 metrów w przód. I z powrotem. Przypowieść mówi nam bowiem wyraźnie: A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go. Skoro ojciec ujrzał syna, gdy ten był jeszcze daleko, oznacza to, że musiał go wypatrywać. Inaczej przedstawiona sytuacja nie mogłaby mieć miejsca. Myślę, że można wyobrazić sobie ojca, jak każdego dnia wychodzi daleko przed dom, oczekując, że może dziś, może właśnie tego wieczoru ukochany syn powróci do domu. Gdy tak się dzieje, następuje jedna z najpiękniejszych ewangelicznych scen: A syn rzekł do niego: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem. Lecz ojciec rzekł do swoich sług: Przynieście szybko najlepszą szatę i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi. Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i bawić się, ponieważ ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się.
   Wracając do samego spotkania: ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko. Użyte tutaj greckie słowo, przetłumaczone na język polski jako „wzruszył się” zastosowano w Ewangelii wyłącznie na określenie uczuć jakich doświadcza Pan Jezus w zetknięciu z ludzkim nieszczęściem, biedą, chorobą. Wyjątkiem są trzy sytuacje, w których to słowo nie pojawia się w odniesieniu do Chrystusa: wzrusza się ojciec z naszej przypowieści, wzrusza się miłosierny samarytanin (Łk 10,33) i łagodny pan z przypowieści o nielitościwym dłużniku (Mt 18, 27). Wzruszenie ojca jest więc podobne wzruszeniu Boga. Dlatego przerywa synowi nim ten, zgodnie z mową, którą ułożył sobie, będąc jeszcze na obczyźnie, wypowie zdanie: już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mię choćby jednym z najemników. Ojciec nie pozwala mu wypowiedzieć tych słów. Obdarowuje go godnością syna i wyprawia dla niego wielką ucztę.

STARSZY SYN – CZYLI KŁOPOTY Z MIŁOŚCIĄ
          Starszy syn na moim schemacie został oznaczony po prostu kropką. W żaden sposób nie mogłam wymyślić jego drogi.  W końcu doszłam do wniosku, że po prostu jej nie było. Jako jedyna z postaci tej przypowieści, nie wykonuje on żadnego duchowego ruchu, nie dokonuje się w nim żadna przemiana. Jest w porządku, tak w porządku, że nie rusza się z miejsca. Gdy jednak przyjrzymy się jego postaci można zauważyć, jak wiele pozostało w nim zranień i ukrytego żalu.
           Po pierwsze gdy wraca z pola i słyszy odgłosy uczty, nie udaje się do domu, żeby sprawdzić co się dzieje. Posyła niewolnika. Czy tak zachowuje się człowiek we własnym domu? Chyba nie. Syn świadomie dystansuje się do tego, co widzi, nie chce być uczestnikiem zdarzeń. Ale jego zachowanie prowokuje reakcję ojca. Gdy przychodzi on by wyjaśnić zaistniałą sytuację, starszy syn wybucha: Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi.  Wczoraj miałam okazję rozmawiać o tej przypowieści i jedna z osób zauważyła, że w tym miejscu starszy syn skłamał. Otóż cała przypowieść zaczyna się od podziału majątku między synów. Każdy z nich otrzymał, co mu się należało. Starszy syn także. Nie prawdą są więc słowa: ale mnie nie dałeś. Ojciec dał mu wszystko, a nawet więcej, gdyż także to, co było jego własnością stało do dyspozycji syna (wszystko co moje do ciebie należy). Inna sprawa dlaczego starszy syn nie korzystał z otrzymanej części majątku, nie bawił się, nie ucztował. Co zrobił ze swoim skarbem?
             Po drugie starszy syn mówi: służę ci. Stawia się jakby w pozycji niewolnika. Ale niewolnik nie pracuje z miłości. Pracuje z obowiązku. W ogóle miłość wydaje się być największym  problemem starszego syna. On zachowuje się w stosunku do ojca, jak sługa w stosunku do swego pana. O bracie nie mówi: „mój brat” ale zwraca się pogardliwie: ten syn TWÓJ – jakby wypierając się łączących go z rodzeństwem więzów. Wniosek jaki można wysnuć z jego zachowania jest prosty – jest on zazdrosny o miłość ojca. Może chce właśnie powiedzieć: „całe życie ci służę, całe życie próbowałem zbudować z tobą taką wieź, jaką miał ten młodszy syn. Ale nie potrafiłem”.

I…

              Starszy syn pokazuje, że można być blisko kogoś,  mieć drugą osobę na wyciągniecie ręki. Budzić się przy kimś, jeść z nim śniadanie, spędzać wieczory, pracować, chodzić do kościoła, mijać się tysiące razy w ciągu dnia, rozmawiać, bawić się, mieszkać. A jednak być OBCYM. Można być tak bardzo w porządku, że nie zrobi się kroku nie tylko do przodu (a więc żadnego postępu) ale nawet do tyłu. Dlatego myślę, że starszy syn jest najsmutniejszą postacią tej przypowieści. Jego przykład pokazuje, że bez miłości ZAWSZE BĘDZIEMY STAĆ W MIEJSCU. Bez miłości niczego nie zaryzykujemy, nie popełnimy błędów i nie naprawimy ich, nie przeżyjemy przygody, nie poznamy smaku cierpienia i uroku szczęścia.

              Ten, kto kocha także może popełniać błędy, ranić, przepraszać, uciekać i wracać, rzucać się z pasją na nowe przygody, poszukiwać ciekawych doznań, odchodzić, poznawać gorycz upadku i  radość powstania. To nieuniknione. Miłość nie jest kartą gwarancyjną, że nic się w nas już nie popsuje, że będziemy idealni jak szwajcarski zegarek. Ale wiara w miłość pozwala powiedzieć prawdziwe „przepraszam”, które prowadzi z powrotem w ramiona Ojca.


środa, 6 stycznia 2010

Pytanie 4: Dlaczego warto mieć pasję?

Mt 2, 1-12
Gdy Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon . (...) A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny.

     GPS

      Spotkanie w betlejemskiej stajence było prekursorskie w dziedzinie ekumenizmu. Łączyło ludzi. Właściwie nie tylko pod względem wyznania, ale i pod względem narodowości i klasy społecznej.  Towarzystwo przy żłóbku jest naprawdę niecodzienne. Pasterze i królowie.
Jezus łączy ponad podziałami i sprawia, że pokłon oddają Mu jednocześnie biedni i bogaci, prości i uczeni, miejscowi i ci pochodzący z dalekich stron.
Słyszałam kiedyś pewną wypowiedź na temat tej sceny i ona stała się punktem wyjścia dla moich rozważań nad jej sensem.
      Jest jedna rzecz, która łączyła wszystkich zgromadzonych przy Żłóbku - pokora.  Przybycie śladem betlejemskiej gwiazdy (pierwszego GPS na ziemi) wymagało pokory zarówno od Mędrców, jak i od pasterzy. Pozornie trudno to może zauważyć.. Że od Mędrców to ok...musieli podjąć pewien trud, wyruszyć w drogę, upaść przed Tajemnicą śpiącą słodko na sianku wśród domowych zwierząt. Ale pasterze? Są biedni i niczego nie posiadają - tacy pokorę mają najczęściej we krwi...
    Tymczasem opisana w Ewangelii sytuacja to próba pokory dla jednych i drugich.
Pasterze - zostają w środku nocy obudzeni anielskim śpiewem i wezwani, by ruszyli w drogę przywitać wyczekiwanego od lat Mesjasza. Mogli się zdziwić? Oczywiście. Mogli nie uwierzyć. Mogli po prostu nigdzie nie iść. Jednak stało się przeciwnie. Żaden z nich nie zapytał (do czego miał chyba pełne prawo): "dlaczego my?". Żaden z nich nie zanegował wezwania Aniołów, mimo że zapewne wszyscy nie czuli się go godni. Pokora pasterzy to wiara w to, że mimo całej mojej słabości, niskiej pozycji społecznej, ograniczenia, braku wykształcenia - Bóg może, jeśli tylko zechce wezwać właśnie mnie. Oni w to uwierzyli i poszli za Betlejemskim GPSem. I wygrali. 
     Sytuacja Mędrców jest odwrotna. Byli pewnie podeszłymi w wieku naukowcami. Mieli środki finansowe na prowadzenie badań i dalekie podróże. Strawili życie z nosami w księgach (raczej zwojach, jak na ówczesne czasy), zdobyli mądrość i rozległą wiedzę (skoro doskonale orientowali się w proroctwach odległego im narodu Izraela). Zdecydowanie zasłużyli sobie na odpoczynek, na spokój w zaciszu domowych bibliotek. Kiedy jednak wzywa ich nieznane zjawisko - wyruszają w drogę. Czy chodzi tu tylko o  naukowy zapał? O ciekawość badaczy, która nie pozwala im na obojętność wobec anormalnych sytuacji w przyrodzie? Nie sądzę. Światło Gwiazdy jest dla nich tylko pomocą w dotarciu do celu. A celem tym jest złożenie pokłonu przed nowonarodzonym Żydowskim Królem. To pierwsza tajemnica ich pokory. Wyruszyli  w daleką i trudną drogę, żeby zobaczyć Króla zapowiadanego w pismach Proroków.
    Druga tajemnica to mądrość z jaką pojawili się u wrót betlejemskiej stajenki. Jako uczeni i bogaci ludzie, musieli mieć swoje własne wyobrażenie na temat narodzin króla. Każdy je ma. Złoto, purpura, jedwab, pałace. Królewska świta, radość poddanych, święto narodowe w kraju.
Rzeczywistość była skrajnie różna. Siano, stajenka, pasterze, sekret, chłód, obojętność i rażące w oczy ubóstwo. Trzej Mędrcy mogli się obrócić na pięcie i podziękować za takie uwieńczenie swojego wielodniowego trudu. Ale byli pokorni i mądrzy. Wiedzieli że prawdziwa miłość zachowuje swój królewski majestat w każdych warunkach. A o byciu władcą nie decyduje, to co na zewnątrz, tylko to co kryje się w sercu człowieka. Poczuli, że stali się częścią wielkiego Cudu. Tak wielkiego, że jedyne co mogli zrobić, to upaść na kolana i złożyć dary. (Na marginesie - dlaczego na taki gest stać było obcych,  a nie zdobył się na niego nikt z Izraela... Przecież to był ich Król, ich Mesjasz).

Pasjonaci.
     Zawsze lubiłam Trzech Króli (jak popularnie nazywa ich tradycja). Po obejrzeniu filmu "Narodziny", gdzie ich kreacje są doskonałe, polubiłam ich nawet jeszcze bardziej. Mieli pasję, a pasja to coś co sprawia, że życie nabiera smaku. Warto coś takiego w życiu znaleźć, coś, co przyniesie dobro nam i innym ludziom. Może to być po prostu sumienne studiowanie, katalogowanie motyli, tworzenie dzieł sztuki, pisanie ciekawych książek, przekazywanie innym wiedzy, leczenie chorób, projektowanie ogrodów, naprawianie samochodów  czy organizowanie ślubów. Nie każdy musi mieć doktorat. Ale kiedy robimy coś z całym zaangażowaniem i kiedy naszym głównym celem jest poszukiwanie prawdy, to niezależnie od wyznania i przekonań doprowadzi nas to do wrót betlejemskiej stajenki. Bo - choć może trudno w to uwierzyć - nie ma innej Prawdy.

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Pytanie 3: Jak otwierać prezenty?

Łk 1, 5-25

5 Za czasów Heroda, króla Judei, żył pewien kapłan, imieniem Zachariasz, z oddziału Abiasza. Miał on żonę z rodu Aarona, a na imię było jej Elżbieta. 6 Oboje byli sprawiedliwi wobec Boga i postępowali nienagannie według wszystkich przykazań i przepisów Pańskich. 7 Nie mieli jednak dziecka, ponieważ Elżbieta była niepłodna; oboje zaś byli już posunięci w latach. 8 Kiedy w wyznaczonej dla swego oddziału kolei pełnił służbę kapłańską przed Bogiem, 9 jemu zgodnie ze zwyczajem kapłańskim przypadł los, żeby wejść do przybytku Pańskiego i złożyć ofiarę kadzenia. 10 A cały lud modlił się na zewnątrz w czasie kadzenia. 11 Naraz ukazał mu się anioł Pański, stojący po prawej stronie ołtarza kadzenia. 12 Przeraził się na ten widok Zachariasz i strach padł na niego. 13 Lecz anioł rzekł do niego: "Nie bój się Zachariaszu! Twoja prośba została wysłuchana: żona twoja Elżbieta urodzi ci syna, któremu nadasz imię Jan. 14 Będzie to dla ciebie radość i wesele; i wielu z jego narodzenia cieszyć się będzie. 15 Będzie bowiem wielki w oczach Pana; wina i sycery pić nie będzie i już w łonie matki napełniony będzie Duchem Świętym. 16 Wielu spośród synów Izraela nawróci do Pana, Boga ich; 17 on sam pójdzie przed Nim w duchu i mocy Eliasza, żeby serca ojców nakłonić ku dzieciom, a nieposłusznych - do usposobienia sprawiedliwych, by przygotować Panu lud doskonały". 18 Na to rzekł Zachariasz do anioła: "Po czym to poznam? Bo ja jestem już stary i moja żona jest w podeszłym wieku". 19 Odpowiedział mu anioł: "Ja jestem Gabriel, który stoję przed Bogiem. A zostałem posłany, aby mówić z tobą i oznajmić ci tę wieść radosną. 20 A oto będziesz niemy i nie będziesz mógł mówić aż do dnia, w którym się to stanie, bo nie uwierzyłeś moim słowom, które się spełnią w swoim czasie". 21 Lud tymczasem czekał na Zachariasza i dziwił się, że tak długo zatrzymuje się w przybytku. 22 Kiedy wyszedł, nie mógł do nich mówić, i zrozumieli, że miał widzenie w przybytku. On zaś dawał im znaki i pozostał niemy. 23 A gdy upłynęły dni jego posługi kapłańskiej, powrócił do swego domu. 24 Potem żona jego, Elżbieta, poczęła i pozostawała w ukryciu przez pięć miesięcy. 25 "Tak uczynił mi Pan - mówiła - wówczas, kiedy wejrzał łaskawie i zdjął ze mnie hańbę w oczach ludzi".

Wiele razy czytałam ten fragment i zawsze moja uwaga koncentrowała się na postaci Zachariasza (bądź, co bądź głównego bohatera historii). Ale pewnego dnia moją uwagę przykuła wypowiedź Anioła. Zaczęłam się jej pilniej przypatrywać i doszłam do wniosku, że Gabriel.. był naprawdę świetnym Posłańcem. Może dlatego to on zwiastował Maryi narodziny Chrystusa, no i odwiedził też Zachariasza=).

Anioł - Poeta ?

Jak by na to nie patrzeć, Gabriel mógł obwieścić Zachariaszowi radosną nowinę na tysiące innych sposobów. Bardziej lakonicznie, skrótowo, rzeczowo. Mógł powiedzieć: "Witaj, Szef sprawił, że twoja żona jest w ciąży. Będziesz miał wielkiego syna" i odlecieć, zostawiając kapłana w osłupieniu, zapewne z otwartą ze zdziwienia (i przerażenia) buzią. Zamiast tego Anioł wygłasza misternie ułożony hymn: 

"żona twoja Elżbieta urodzi ci syna, któremu nadasz imię Jan. 14 Będzie to dla ciebie radość i wesele; i wielu z jego narodzenia cieszyć się będzie. 15 Będzie bowiem wielki w oczach Pana; wina i sycery pić nie będzie i już w łonie matki napełniony będzie Duchem Świętym. 16 Wielu spośród synów Izraela nawróci do Pana, Boga ich; 17 on sam pójdzie przed Nim w duchu i mocy Eliasza, żeby serca ojców nakłonić ku dzieciom, a nieposłusznych - do usposobienia sprawiedliwych, by przygotować Panu lud doskonały".

Żeby wypowiedzieć takie słowa, trzeba mieć w sercu autentyczną radość, z tego, czego one dotyczą. Gabriel się cieszy! Cieszy się, że za sprawą Bożego działania, pojawi się na świecie człowiek niezwykły. Mimo, że jest istotą duchową i mogłoby się wydawać - niewiele wie o ludzkich radościach i smutkach, mówi do Jana: "Będzie to dla ciebie radość i wesele". Zapowiedź Anioła nie dotyczy więc tylko samego faktu narodzin Jana, dotyka całego szczęścia jakie niesie za sobą posiadanie dziecka.Myślę, że każdego, nie tylko tak szczególnego jak Jan.

Czy Pan Bóg lubi dawać prezenty? 

Zostawmy jednak na chwilę Gabriela. On jest tylko posłańcem. Oznajmia coś, co przygotował i sprawił Pan Bóg. Archanioł na pewno jest bardzo blisko Boga - powiedzmy - ściśle ze sobą współpracują. Jeśli Gabriel cieszy się z narodzin Jana, to Jego radość mówi nam przede wszystkim o naturze samego Boga. A On chciał przygotować piękny prezent, prezent przerastający najśmielsze oczekiwania Zachariasza i Elżbiety, którzy na pewno nie marzyli o posiadaniu tak niezwykłego syna. Daje im nie tylko dziecko. Daje im dziecko, które wyprostuje drogi nadchodzącego Mesjasza, posyła swojego Anioła, żeby to oznajmić i pozwala Mu zrobić to w piękny i pełen radości sposób. 

Pan Bóg w tym fragmencie kojarzy mi się z małym dzieckiem. Kto kiedyś widział malucha przygotowującego prezent dla mamy, musiał zauważyć ile radości sprawia mu sam fakt dawania, ile w tym niecierpliwego oczekiwania na reakcję mamy, czy taty. Ile misternych przygotowań i starań. Kiedy Pan Bóg coś daje - robi to z pełnym zaangażowaniem. Mimo, że nie wie, jak człowiek na to zareaguje. Bo dar wolności, umożliwia też odrzucenie Bożych prezentów. Kiedy Gabriel "sfruwał" z wyżyn niebieskich w  mury jerozolimskiej Świątyni, całe niebo musiało śpiewać z radości. Wszyscy pewnie spoglądali z ciekawością na reakcje Zachariasza. Czy będzie się cieszył tak jak oni. Niestety kapłan się nie popisał. Wydaje mi się, że w jego reakcji można wyczuć sporą dawkę sarkazmu starego i doświadczonego przez życie człowieka: "Po czym to poznam? Bo ja jestem już stary i moja żona jest w podeszłym wieku". Logiczne? Jak najbardziej. Przecież on znał swoje (i żony) możliwości, tyle lat czekali na potomka i co mu teraz Anioł będzie wciskał jakieś proroctwa...  Tyle, że tam gdzie zdarzają się Cuda, trzeba zapomnieć o logice=).

     Dobre pytanie na zbliżające się Święta. Jak otwieram prezenty? Te od Boga  i te od ludzi? Ile razy otwarłem je jak Zachariasz, kręcąc nosem. Ile razy wydawało mi się, że jestem mądrzejszy niż Bóg i w końcu ile razy nawet nie zauważyłem, że dostaję prezent =).

piątek, 18 grudnia 2009

Pytanie 2: Dlaczego margines społeczny?

Mt 21,28-32
Co myślicie? Pewien człowiek miał dwóch synów. Zwrócił się do pierwszego i rzekł: Dziecko, idź dzisiaj i pracuj w winnicy! Ten odpowiedział: Idę, panie!, lecz nie poszedł. Zwrócił się do drugiego i to samo powiedział. Ten odparł: Nie chcę. Później jednak opamiętał się i poszedł. Któryż z tych dwóch spełnił wolę ojca? Mówią Mu: Ten drugi. Wtedy Jezus rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego. Przyszedł bowiem do was Jan drogą sprawiedliwości, a wyście mu nie uwierzyli. Celnicy zaś i nierządnice uwierzyli mu. Wy patrzyliście na to, ale nawet później nie opamiętaliście się, żeby mu uwierzyć.

      Wracamy do wątku.. marginesu społecznego. Celnicy i nierządnice to w przekładzie z biblijnego na nasze: prostytutki i złodzieje.
Ten fragment Ewangelii pokazuje nam, że Pan Jezus naprawdę był kimś niezwykłym. Nic dziwnego, że szły za Nim takie tłumy. Nic dziwnego, że garnęli się do Niego, ci, dla których nie było miejsca w porządnym, pobożnym i przestrzegającym Prawa (Tory) społeczeństwie.  
      Przez wiele lat nie było nikogo, kto przemówiłby w  imieniu tego ludu, wziął go w obronę i, co tu dużo mówić powiedział faryzeuszom, saduceuszom i uczonym w Piśmie kilka gorzkich słów Prawdy. A gorzka to ona musiała być bardzo, skoro dwoili się i troili żeby Chrystusa pod byle pretekstem "uciszyć". (Metody stosowane do dziś wobec wszystkich "niewygodnych"). Nie o tym chciałabym jednak napisać. Mesjasz nie przyszedł w końcu po to, żeby "wygarnąć"  komu trzeba. Przyszedł z orędziem miłości i przebaczenia. A ta Miłość ogarniała każdego. (Tak, tak...także faryzeuszy. Tyle że człowiek jest tak wolny, że sam może zdecydować, czy chce tą Miłość przyjąć, czy odrzucić.) 
     Po pierwsze, to trzeba zaznaczyć, że Chrystus nie usprawiedliwia tutaj postępowania prostytutek i złodziei. Chrystus nigdy nie jest pobłażliwy dla grzechu, za to zawsze patrzy z mega miłością na grzesznika. I to nie jest paradoks - to po prostu jest Miłość. Potępiać grzech nie potępiając grzesznika.  Ewangelia jest najtwardszym i najbardziej wymagającym przepisem na życie, wystarczy poczytać, żeby się przekonać. Zarazem jednak nikt nigdy nie mówił o grzesznikach w taki sposób,jak Pan Jezus. "Prostytutki i złodzieje wejdą przed wami do Królestwa". Dlaczego? Bo są otwarci na Prawdę. Prawdę o sobie, Prawdę o Bogu, który może i przyjdzie na ziemię, Prawdę o potrzebie nawrócenia (i nawracania ciągłego swojego życia).  To jest wyraz jakiejś pokory, uwierzyć nie tylko  w to, że nadejdzie Mesjasz i dlatego trzeba coś ze swym życiem zrobić, ale także w to, że JA (nawet jeśli jestem prostytutką, kradnę i mam kilka (albo kilkaset) mało chwalebnych postępków na sumieniu), że JA mogę coś zmienić w swoim życiu i że BÓG przychodzi właśnie do mnie, żeby mi pomóc i żeby po prostu ze mną być. 
Ci którzy mieli Prawo w jednym palcu,, nie potrafili się otworzyć na jego sens (na pewno były jakieś wyjątki, i kilku zresztą wspomina Ewangelia). Trzymali się twardo i literalnie przepisów, zapominając, że od przepisów ważniejsza jest miłość. Dlatego ktoś ich w drodze do tej Miłości wyprzedzi. Proste, no nie?
Ps. Zauważmy jednak, że Pan Jezus mówi: "wejdą przed wami". Nie mówi: "wy nie wejdziecie". Nie wydaje jednoznacznego osądu nad uczonymi w Prawie, nie zamyka drogi i nie blokuje bramy=). Nikomu.